INTERWENCJE

Aktualne oferty psów przeznaczonych do adopcji:

PSY DO ADOPCJI

środa, 23 kwietnia 2014

Pożegnanie Gandzi

nie wiem ile miała  lat. Gdy trafiła do mnie była już bardzo stareńka. Z jej ust ciekła ropa , stan zapalny toczył się w jej zepsutych pięciu zębach od lat. Język miała bez przerwy na wierzchu, zaropiałe oczy. Znaleziono ją jak się pluskała w Inie koło spichlerza. Nikt się po nią nie zgłosił. Była stara , brzydka, niepotrzebna nikomu. Przez kilka dni mieszkała u Eweliny bo u mnie był już piesek, który czekał na adopcję. Jaj widok wzbudzał emocje, śmiech, zdziwienie, u niektórych odrazę.
Wykapana trafiła do mnie. Nie słyszała ale wzrok i węch działały doskonale.
Rozgościła się w salonie i w naszych sercach wzbudzając salwy śmiechu, zadziwiając wolą życia, walecznością i niezwykłym dla mnie oddaniem. 
Otrzymała imię Gandzia, adekwatne do wyglądu i wydawać się stanu ducha w jakim cały czas przebywała. 
Ważyła 2, 600 , jej nóżki były nieproporcjonalnie chudzieńkie do kadłubka, który pęczniał w oczach. Lubiła dobre jedzonko. Problemy z zębami nie pozwalały czasem realizować pasji kulinarnych.
Zapadła decyzja ( którą pomógł podjąć lekarz wet.  Janusz Soroka) o usunięciu ropiejących kołków z jej ust. Przyrzekł, że przeżyje i przeżyła :) Gdy wchodziłam po nią do gabinetu z daleka było słychać jej szczekanie. Nie lubiła być zamykana w kontenerze. Uwolniona natychmiast się uspokoiła.
W między czasie dostałam informacje od znajomej że wiadomo jest gdzie mieszkała wcześniej. 
Przekazano rodzinie mój numer telefonu. Nikt nie zadzwonił. Dowiedziałam się o adres jej zamieszkania, ul .Lipowa 1 ostatnie piętro bloku. Zabrałam pod pachę z zamiarem oddania , weszłam do klatki ale na górę już nie doszłam. Jeśli nie zadzwonili , oznacza, że nie chcą. Parę dni później poszłam tam sama. Zagadnęłam wychodzącą z bloku kobietę o malutką rudą psinę.
Kobieta opowiedziała mi jak wyglądało życie Gandzi w ostatnim czasie. Sama musiała zejść z góry, poczekać aż ktoś ją wypości . Sama chodziła po osiedlu ( ludzie ją pamiętają) . Stała pd drzwiami i czekała aż ktoś otworzy. Leciała na górę na tych starych nóżkach i szczekała pod drzwiami mieszkania do skutku. Głosik miała donośny , musiało to irytować zarówno sąsiadów jak i właścicieli.
Przez cały czas opowieści patrzyłam na jej opiekunkę, starszą siwą kobietę, która siedziała opodal na ławeczce. Pani jeszcze w sile wieku. decyzja była prosta. Adoptowałam Gandzię, usunęłam jej ogłoszenia z netu, zaprzestałam poszukiwań. Nie mogłam pozwolić aby jej starość upłynęła w tym domu.
Odetchnęłam z ulgą.
Postanowiliśmy, ze Gandzia nie będzie się z nami nudzić, ze będzie normalnym członkiem psiego i ludzkiego stada. Ona dostarczała emocji nam a my jej.
To gandzia rządziła . jednym psem , na którego się nie rzucała była Sonia. Gryzła bezzębną szczęko nawet szczenięta, nie bała się nikogo i niczego. Nauczyła się szczekać na odgłos dzwonka choć go nie słyszała. Widziała jak reszta psów ze szczekiem leci do drzwi to ona też leciała szeroko rozstawiając tylne nóżki aby się nie wywrócić. Gdy kichała to potrafiła się przewrócić taki miała odrzut !!!
To był jedyny pies, który mnie bronił. Gdy siedziała u mnie na rękach nikt nie miał prawa zbliżyć się do mnie.
Gdy patrzyła na mnie to widać było w je malutkich oczkach wielkie oddanie i radość . Rozczulała mnie do granic niemożliwości. 
Dużo siusiała. W przedpokoju lub łazience cały czas stał mop. Dom pachniał jej siuśkami na przemian za szczochami szczeniąt . 
Zawsze aktywna, złośliwa, szczekliwa, wręcz hałaśliwa , kochana.
Przed świętami podupadła na zdrowiu. Miała problemy z oddychaniem. Dzięki Leszkowi Ł. , lekarzowi z lecznicy Coturnix poczuła się lepiej i mogliśmy spędzić razem święta. Jestem mu wdzięczna za te parę dni. Objawy ustąpiły, powrócił apetyt i dobre samopoczucie. Widać było, że jest słaba ale to nie był pierwszy raz . Niestety w poniedziałek zauważyłam, że ma ropomacicze. W jej wieku oznaczało to tylko kłopoty. Przy okazji wyjazdu do Nowogardu z Dulka zabrałam Gandzię. We wtorek już było z nią gorzej.
Przygasła z podkulonym ogonkiem, wyraźnie cierpiąca i tak darła się na lekarza podczas pobierania krwi . Waleczna do końca. USG ukazało ogromną ilość ropy w jej brzuchu, wyniki krwi leukocytozę , siny język oznaczał niską saturację. Zabieg sterylizacji nie wchodził w grę. Widok cierpiącej psiny przyprawiał mnie o wyrzuty sumienia. Patrzyłam w jej oczęta i widziałam prośbę. Musiała odejść godnie . Nie mogłam pozwolić aby powłóczyła nogami i przewracała się przy każdym kroku . Kiedyś jej to obiecałam. Nie odchodziła sama. Bogu dziękuję za siłę, za jej obecność w naszym życiu za radość jaką było wspólne przebywanie przez ten rok . to był dobry rok dla niej i dla nas.
Każde zło jakie uczyniono człowiekowi czy zwierzęciu wróci ze zdwojoną siłą. Byłej opiekunce życzę z całego serca takiej opieki na starość ze strony najbliższych jaką miała Gandzia w naszym domu.
Taka była :)
jedno z pierwszych zdjęć ślicznotki

cała ona

wszystko miała na głowie

zawsze czujna

stylowa

jej prawdziwe oblicze :)

bojowa

zaczytana, to jej ostatnie zdjęcie zrobione w niedzielę 20 kwietnia
 

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Gaśnie Gandzi gwiazda ):

tu mam swoje miejsce na osobiste wynurzenia i tu się wypowiem w wielce trudnej kwestii. po raz kolejny w moim życiu przychodzi mi się żegnać z ukochanym zwierzęciem. Gandzia sunia przygarnięta w zeszłym roku, starowinka malutka ( waga 2,400) zaczyna odchodzić z tego świata.
zaczęło się atakami duszności w wielką sobotę.  Lekarz stwierdził , że jest woda w płucach. Zastrzyki pomogły . Tabletki na serducho bo bilo jak szalone. Gandzia niby naprawiona. Niestety dziś zauważyłam, że psina ma ropomacicze. 
 Jej stan jest stabilny ale dopiero jutro będę mogła dowiedzieć się co dalej. Sunia ma ok 19 lat. Widzi na jedno oko, nie słyszy, słabnie. Nie mam pojęcia czy przeżyje sterylizacje. Nie podejmowałam decyzji o tym zabiegu wcześniej aby nie narazić jej na śmierć z powodu niewybudzenia z narkozy , a tu masz babo placek . 
Myśl o tym, ze odejdzie trwoży mnie strasznie. Rozsądek mówi, że miała fajowe życie przez ostatni rok. Wiem, ze jest stara , ale i tak mi jest ciężko. Wile dla mnie znaczy ten hałaśliwy i brzydki piesek :) Mnóstwo  radości i zamieszania wniosła do naszego domu. Gandzia nie tylko myśli, że rządzi , ona naprawdę rządzi . Żaden z psów jej nie wchodzi w drogę . To jedyny zwierz w domu, który mnie broni. Czekam na wizytę u weta i boję się tego z czym przyjdzie się nam zmagać. Jestem przeciwniczką uporczywej terapii, która naraża zwierzęta na cierpienie. 




środa, 16 kwietnia 2014

Megi

  W domu tymczasowym u Ilony i Oliwi milo spędza czas sunia podjęta w Inince o imieniu Megi. Ze względu na uczulenie na pchły wypadło jej część sierść na grzbiecie. Na szczęście organizm szybko uzupełnia te braki. Megi w domu sprawuje się doskonale. Jest niekłopotliwa i potrafi dopasować się do rytmu domowników. Sunia już jest wysterylizowana.




Co przybyło

  Nowi rezydenci w przytulu to Kuba , mieszaniec owczarka. Niezwykle żywiołowy , radosny i ciągnący na smyczy. Kochany psiak , pełen  pozytywnej energii . Jak najbardziej nadaje się na psa stróżującego i towarzyszącego.



 jest też sunia o imieniu Corsa. Podejrzewamy, że występuje u niej odrobina krwi rasy husky. Pomimo tego na spacerach zachowuje się  bardzo spokojnie. Lubi kontakt z psami. Nie ciągnie na smyczy. Pełna energii i radości psiej. Spełni się jako pies towarzyszący


Corsa



 Powitaliśmy też kulejącą suczkę Dulkę. Wizyta w lecznicy pozwoliła ustalić, że psina ma zwichnięty staw biodrowy. Potrzebna jest operacja polegająca na usunięciu głowy kości udowej. Zgłosił się do nas dom tymczasowy dal niej  na czas rekonwalescencji. Zabieg jest wyznaczony na wtorek po Świętach.




 

Gangster w domu

  Nowy om w tak zwanym między czasie otrzymał mój ukochany ( o ukochaności decyduje bardzo wada zgryzu :) Gangster. Wzięli go na domowe salony moi niegdysiejsi sąsiedzi z ul. Szkolnej. Zawsze u nich był pies . Gangster wypełnił pustkę w domu i w sercach. Spotkałyśmy go na spacerze nad Iną za basenem odkrytym. Jak nas zobaczył z psami to wielkim kołem nas obiegł. Gdy się spostrzegł kto my dopadł do Michaliny i puścić nie chciał :) Cieszy mnie ogromnie fakt, że psy nas pamiętają i radość okazują na nasz widok.


 Zawsze ogarnięty i wielce zorganizowany. To on najszybciej zaakceptował nowy Przytul, swoja budę i leżankę. Nawet ciągle coś tam poprawiał.

sobota, 22 marca 2014

Taka nasza rola

strasznie dużo czasu zajęło mi dojście do tego wniosku. Oczywiście do tej to pory byłam naiwna i bardzo głupiutka . Łudziłam się ... na próżno.
Oprzytomnienie przyszło po  pewnej rozmowie telefonicznej.
Władze naszego miasta traktują naszą organizację  jak maszynkę do oszczędzania pieniędzy na wywozie psów do schroniska. 
Nie liczą się z naszym zdaniem na większość tematów dotyczących  utrzymania zwierząt, wydawania zwierząt do adopcji, odbierania zwierząt opiekunom, ponownego przejmowania psów od ludzi, którzy je adoptowali, przejmowania psów od osób, które z opieką już sobie nie radzą na czym cierpią obie strony.
 W kwestii nowej wiaty ( jakże przecudnej zdaniem niektórych) dla psów odbyło się kilka spotkań z władzą . Byli na tych spotkaniach lekarze wet, bywałam ja, bywał przedstawiciel SM. Spisywano uwagi dotyczące jak ma ona wyglądać ( nigdy jednak nie padły słowa o wielkości kojców , ja przyjęłam , ze pozostaną one takiej samej wielkości jak w starym Pzrytulu ( myliłam  się i tu zawaliłam konkretnie ) , zgadzaliśmy się co do ich ilości. )
Odnosiłam wrażenie ( jak bardzo mylne) , że mnie słuchano . 
 Podłożem miał być piasek, cztery kojce dla kopaczy miały być wyłożone płytami chodnikowymi - wykonawca zadecydował , że najlepsza będzie wylewka z betonu, którą tak wykonał, że nie ma spadu i woda w kojcach stoi razem z sikami psów - do poprawki.
Zaprojektowane  odległości między prętami miały wynosić 12 cm , zmniejszono je , jednak nie na tyle aby nie wydostawały się z kojców małe psy i nie mogło dojść do pogryzień między psami.. Projektant nie przewidział, że maluchy też będą tam trafiały i że psy mogą usiłować się skrzywdzić .
Bramki od kojców , logicznym się wydało, że powinny otwierać się tylko do wewnątrz tak aby ochronić słabsze i drobne osoby od naporu dużych psów ( wszak jeżdżą z nami małoletni wolontariusze)
Zdecydowano inaczej. Bramki otwierają się w obie strony , to ma zapewnić bezpieczeństwo i swobodę rosłym i silnym mężczyznom, którzy psy przywożą  i do kojców wkładają .Takie rozwiązanie zapewne przyczyni się do niejednego guza na czole.
Bezpieczeństwo wolontariuszy ważne nie jest.
My mamy zadbać i dopilnować aby żaden pies do schroniska nie taił , bo to narazi budżet gminny na poważne straty.
Wyraźnie widać rolę naszą jaką wytyczyły dla nas władze.
Połączono ze sobą dwa obiekty , w obu mieszkają wyrzutki wypchnięci na margines życia. Bliskość obu miała zapewnić zwierzętom stałą opiekę i darmową obsługę Przytula..Ludziom poczucie przydatności i możliwości odwdzięczenia się gminom za możliwość darmowego miejsca do mieszkania i wyżywienia. ,  z jakiś przyczyn stało się to niemożliwe.
Pomysł nie wypalił, pojawił się kłopot na który bardzo trudno będzie znaleźć radę.

wtorek, 18 marca 2014

ech

  czy warto dawać upust swoim frustracjom kiedy to one wydaje się zaczynają dominować w życiu. Rozczarowania i zawody, teraz ich dostępuje. Na szczęście jeszcze nie przeważają. Mam rodzine i przyjaciół , ktorzy pomogą zawsze. 
Pewnymi osiągnięciami i budowlami ktoś się chwali . My musimy tam pracować i musi ktoś jeszcze. Zgiełk, hałas dojmujący , wiatr, przeciągi i stojąca woda. Planista nie zaplanował spadów , wykonawca nie pomyślał kompletnie. Odległości między kartami za duże. Z łatwością do pogryzień mogło dojść. Naprędce trzeba było kupować siatkę i wykładać między boksy. Bramki w klatkach otwierają się w obie strony. Można bramką w łeb dostać gdy duży psiak z radości wskoczy na nią   Na teranie niezasypany odstojnik na gnojowicę  o średnicy ok 2, 3 metrów. Prosiłam aby wszystko zasypać , zabezpieczyć bo dzieciaki do nas przyjeżdżają. 
Materiał  ze starego obiektu zrzucony na stertę. Wiatr po nim hula deszcz obmywa. Nie wiadomo kiedy ruszy dostawianie kojcy.
Smutno mi i nie mogę przeboleć starego miejsca. Choć dachu nie było to aż serce się radowało gdy jechałam do Miękowa. Teraz nie chcę się w tę pustkę lecieć .
Narzekam? Nie taka jest rzeczywistość. Wietrzna, pochmurna i jałowa.